Pragnienia, które cicho zgasło
Ogniska, które rozwiał wiatr
Już nie rozpali nic
Moim całym światem sny
I tańczę wśród snów i tańczę wśród łez
Już chyba nie ma, nie ma mnie
(Closterkeller – Zaklęta w marmur)
Poranki kojarzą się ze wstawaniem. Ze szkołą. Z urwanym, niedokończonym snem, którego sens zaraz umyka. Z melodią brzmiącą w uszach wczorajszym wieczorem, żeby jeszcze trudniej było dojść do siebie.
Trzeba się wygrzebać z ciepłej pościeli, drżąc z chłodu poranka szybko się ubrać i pamiętać o zjedzeniu śniadania. I żeby zabrać plecak z domu, kiedy się wychodzi. Lubię, jak jest zimno. Bo dopiero wtedy można naprawdę docenić ciepło.
Życie tak się toczy, od snu do snu. Z niecierpliwością czekam godziny, kiedy tonę w ciemności, odgradzając się od świata poduszką i marzeniami. Marzeniami nierealnymi i przez to cudownymi.
Od soboty do soboty, bo soboty to rzecz święta, jedyny dzień, kiedy prawdziwie można docenić zapomniany budzik domagający się wyłączenia dobrze znaną melodią.
Lubię mgłę. Wszystko wtedy jest takie nierealne. Lubię, kiedy powoli znika, kiedy na twarzy czuję drobniutkie ukłucia wilgoci, zanim jeszcze zacznie kropić na tyle, by można to nazwać mżawką. Lubię, kiedy pachnie wiosną, słońcem i deszczem.
Wystygłe resztki herbaty na dnie kubka życzeń. Słowa, które uparcie nie chcą się odkleić od myśli.
Urwany wątek życia. Tego się taśmą klejącą nie naprawi.